Kiedy 3 grudnia Mario Draghi ogłosił, że Europejski Bank Centralny nie rozszerzy programu skupu aktywów, rozczarowanie rynków było tak wielkie, że to wydarzenie zdecydowanie przyćmiło ogłoszoną dwa tygodnie później pierwszą od lat podwyżkę stóp procentowych w USA.
Oczywiście nie był to jedyny powód do przeceny na giełdach, ale na pewno w dużej mierze przyczynił się do tego, że od tamtej pory europejskie akcje potaniały średnio o niemal 20 procent. Tak przynajmniej sądzi zapewne sam Super Mario, skoro uważa, że jego program luzowania ilościowego (QE) odpowiada za co najmniej połowę ożywienia w Europie.
Tym razem wydaje się, że Draghi nie ma innego wyjścia i musi poszerzyć europejskie QE, co ogłosi 10 marca. Potwierdził to wczoraj w Parlamencie Europejskim, zaznaczając swoje niezadowolenie ze zbyt niskiej inflacji w strefie euro.
Z ciekawostek dodam, że Draghiemu nie podoba się banknot o nominale 500 euro, ponieważ jego zdaniem służy on głównie do rozliczeń między przestępcami.
Dopiero przekroczenie przez inflację poziomu dwóch procent skłoniłoby go do zacieśniania polityki monetarnej. Na razie bardziej prawdopodobne jest nie tylko zwiększenie skupu aktywów, ale także obcięcie stopy depozytowej z -0,3 do -0,4%.
W poniedziałek rynki wydawały się zachwycone wizją zatankowania nowego paliwa do wzrostów. Zielona fala objęła także Polskę.



