sobota, 7 stycznia 2012

Gdzie popłyną 2 biliony dolarów?

"FT" szacuje, że amerykańskie korporacje (wyłączając banki) posiadają do dyspozycji aż 2 bln dolarów gotówki (kwota odpowiada 10% wartości rynkowej spółek z indeksu S&P 500), która może zostać wykorzystana do wypłaty dywidend lub skupu własnych akcji. Dla porównania: w 2011 roku wydały na ten cel 336 mld dolarów.

W spokojniejszych czasach można byłoby założyć, że większość z tych środków zostanie przeznaczona na inwestycje, ale bojąc się dalszej eskalacji kryzysu spółki zapewne wykonają ten sam manewr co w zeszłym roku i to na większa skalę. Co to oznacza?

Bardzo prawdopodobną relatywną siłę amerykańskiego rynku, którą doskonale widać na tle naszego indeksu giełdowego WIG20 przeliczanego na dolary (porównujemy jabłka do jabłek):


Łatwo dostrzec rozjechanie się tych wskaźników i moim zdaniem wieczne byki powinny zastanowić się nad rozważeniem inwestycji w indeks S&P 500, zamiast WIG20, między innymi dlatego, że węgierska zawierucha przyspiesza osłabienie złotego i studzi entuzjazm zagranicy wobec obydwu bratanków.


W efekcie dostępny na GPW ETF na S&P 500 prezentuje się imponująco, także na tle najlepszych hedgies na świecie:



Tu granie na wzrosty jest grą z trendem, w przeciwieństwie na przykład do inwestowania w spółki z indeksu WIG (mowa jest o większości, ale są rodzynki), gdzie wciąż sytuacja jest daleka od pozytywnej:



Na plus zapiszmy utrzymanie się nad dołkami, ale tak naprawdę bardziej byczo zrobi się po przejściu przez indeks średnich 50 i 100 SMA (połączyłem je jedną czerwoną kreską na wykresie), które mogą być uznane za linię trendu spadkowego w horyzoncie średnioterminowym. Ich przejście dałoby szansę na wybicie się w stronę 200 SMA.i ustawienie dość bliskich zleceń obronnych w razie niepowodzenia tej koncepcji.

Tymczasem  Morgan Stanley przewiduje, że między marcem, a czerwcem czeka nas kolejna runda "dodruku" w USA (QE3) o wartości od 500 do 750 mld dolarów i zapewne jak poprzednio skorzystają na tym banki i w nieco mniejszym stopniu korporacje, które sprzedadzą trochę towaru z tego nawisu inflacyjnego poprawiając wyniki.

Zresztą Ben Bernanke jednoznacznie stwierdził w 2010 roku:

higher stock prices will boost consumer wealth and help increase confidence, which can also spur spending. Increased spending will lead to higher incomes and profits that, in a virtuous circle, will further support economic expansion.

Z tego powodu sądzę, że rynek amerykański powinien być silniejszy od Europy (a może być przecież odwrotnie) i na pewno warto przynajmniej zastanowić się nad jakąś ekspozycją na amerykańskie giełdy. Przykładowa taktyka może być bardzo prosta: SL w okolicach średniej 200 SMA (dorzucając mały filtr eliminujący szum i inne HFT), a do góry nie ma co zgadywać na razie. Ostrożniejsi powinni czekać na przebicie najbliższego oporu w rejonie 1285 pkt.

Już od poniedziałku rusza publikacja wyników tamtejszych spółek (tradycyjnie zaczyna Alcoa) i podejrzewam, że znowu wiele z nich pobije oczekiwania analityków (cokolwiek to znaczy).

Dołóżmy do tego poniedziałkowy szczyt Merkel-Sarkozy i widać jakieś światełko w tunelu. Oczywiście, może to być pociąg z napisem "rzeczywistość", ale podejrzewam, że powinniśmy przynajmniej przetestować tę czerwona krechę na wykresie WIG.

Widząc pewne szanse na efekt stycznia, niedawno dorzuciłem do portfela bloga akcje MNI.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...