Kiedy pod koniec 2013 roku do debiutu na GPW szykowała się Energa, dość długo zastanawiałem się, czy wejść w IPO, czy odpuścić temat. Ostatecznie nie kupiłem tych akcji, zadowalając się zyskiem z wcześniejszej oferty publicznej PKP Cargo.
Wiele osób jednak wzięło udział w IPO i w dniu debiutu spotkało je srogie rozczarowanie. 11 grudnia 2013 r. akcje wystartowały po 16,95 zł, 5 groszy poniżej ceny emisyjnej, po czym ostro zanurkowały, kończąc dzień na poziomie 16,09 zł. Niecierpliwy akcjonariat obywatelski pozbył się parzących w ręce gorących kartofli.
Mam znajomego, który uczestniczył w IPO Energi. Po falstarcie stwierdził, że w takim razie zostawia akcje na rachunku i będzie po prostu kasował dywidendy, czekając na swój czas, kiedy kurs pójdzie wyraźnie w górę. Co więcej, nawet dobrał jeszcze trochę towaru poniżej ceny emisyjnej na rachunku IKE, na który dywidendy spływają bez podatku 19 proc.
Po kilku miesiącach triumfował - kurs Energi zaczął wspinać się coraz wyżej, a podekscytowany zarząd spółki w rocznicę debiutu świętował sukces na GPW.
Na dodatek w międzyczasie Energa wypłaciła dywidendę 1 zł na akcję, czyli część gotówki wróciła do inwestorów, a po roku łączny zysk przekraczał 40 procent.
Fantastyczna sprawa. A więc warto inwestować długoterminowo i kasować dywidendy.
