Kilkanaście lat temu "The Washington Post" przedstawił niezwykłego milionera - Karla Hagena. Kiedy zmarł w wieku 89 lat, okazało się, że zostawił po sobie majątek wart 3 mln dolarów.
Nikt nie podejrzewał o takie pieniądze skromnego pracownika elektrowni, który przez 36 lat kariery zawodowej był związany z Pepco. Wiódł bardzo skromne życie i jedyną jego ekstrawagancją były dalekie podróże.
Hagen nigdy nie założył rodziny i po śmierci przekazał cały majątek instytucjom charytatywnym.
Sekretem sukcesu Hagena były zakupy akcji rozpoczęte jeszcze w latach czterdziestych ubiegłego wieku i regularnie dokupowanie oraz przetrzymywanie ich w portfelu.
Dla wielu osób takie historyjki są bardzo pozytywne, ale dla mnie brzmi ona raczej smutno- gość całe życie oszczędzał i inwestował, a nie zdążył skorzystać ze swoich pieniędzy (wyłączając zagraniczne podróże) Czy na pewno chodzi o to, żeby zostać najbogatszym człowiekiem na cmentarzu (zresztą w jego przypadku też tak przecież nie jest, ponieważ pieniądze rozdał)?
Gdyby Hagen miał rodzinę, zapewne sytuacja wyglądałaby nieco inaczej, bo i wydatków byłoby zdecydowanie więcej.
Może czuł się szczęśliwy jako minimalista? Jeśli tak, nie widzę problemu.
Sam raczej uważam, że najtrudniejszą rzeczą jest znalezienie odpowiedniego stanu równowagi między oszczędzaniem i inwestowaniem, a bieżącą konsumpcją.
W końcu żyjemy tu i teraz.
Dlatego cały czas propaguję taki system, żeby regularnie generować nadwyżki finansowe, zbudować fundusz awaryjny, inwestować, unikać kredytów konsumpcyjnych jak ognia itd., ale nie warto odkładać życia na później.
niedziela, 17 lipca 2011
Najbogatszy człowiek na cmentarzu
Napisane przez
Zbyszek Papiński
o godz.
07:44
19 Comments
Tagi Hagen, inwestowanie, inwestycje, oszczędzanie