niedziela, 29 września 2013

"Pomagam większej liczbie ludzi w 10 minut, niż wy w całym swoim życiu."

Dave Ramsey to prawdziwy fenomen świata finansów osobistych w USA i zarazem mistrz marketingu, o czym świadczy aż 7,7 mln słuchaczy, którzy co tydzień włączają radioodbiorniki, aby posłuchać rad swojego guru. Przez ostatnie dwie dekady ten 53-latek zbudował kombinat finansowy, którego wizytówką jest jego strona internetowa, a oknem na świat bijąca rekordy popularności audycja radiowa.












W czerwcu wywołał prawdziwą burzę w czasie dyskusji na Twitterze, kiedy ostro podsumował całą branżę doradców finansowych:

"Pomagam większej liczbie ludzi w 10 minut, niż wy w całym swoim życiu" - w ten sposób nerwowo zareagował na krytykę.

Czy była to celowa zagrywka, aby wzbudzić większe zainteresowanie wokół jego osoby?

Możliwe. Bez tego nie powstałby obszerny artykuł w Money Magazine sygnowany nazwiskiem znanego dziennikarza finansowego (autorem jest Felix Salmon).

Na czym polega fenomen Ramseya?

W przeciwieństwie do wielu przemądrzałych doradców często wciskających swoim klientom produkty finansowe, które są tym ostatnim zupełnie niepotrzebne (ale przynoszą doradcom wysoki zysk z prowizji), Ramsey wykreował wizerunek człowieka takiego samego jak zwykły zjadacz hamburgerów. Nie wstydzi się swojej historii, że zaczął od bankructwa, kiedy wziął wielki kredyt na nieruchomość, która okazała się niewypałem.

Od tamtej pory stał się wrogiem wszelkiego rodzaju długów i kredytów. Skoro sam wydobył się z trudnego położenia, staje się tym bardziej wiarygodny dla Amerykanów, zazwyczaj zadłużonych po sam daszek i na dodatek zupełnie zagubionych w świecie finansów.

Wbrew większości doradców propagujących rozpoczynanie inwestycji jak najwcześniej, Ramsey sugeruje, aby zacząć od czegoś innego, czyli od oszczędzania. Na dodatek siłę przekazu wzmacnia częste odwoływanie się do wiary chrześcijańskiej.

Jakie są jego podstawowe zasady?

1. Uzbieraj 1000 dolarów (czyli w Polsce dla zaczynającego od kompletnego zera moglibyśmy mówić o tysiącu złotych)

2. Spłać wszystkie długi z wyjątkiem kredytu hipotecznego

Tu pojawia się pierwsza kontrowersja. Wbrew teorii Ramsey proponuje najpierw spłacić dług o najmniejszej wartości nominalnej, a nie o największym oprocentowaniu, ponieważ dzięki temu zadłużony zyska coś więcej niż pieniądze, czyli motywację. 

3. Zbuduj fundusz awaryjny odpowiadający równowartości sześciomiesięcznych wydatków 

Dopiero po wykonaniu tych kroków jesteś gotowy do inwestowania. Więcej na nagraniach wideo.

W zasadzie do tego momentu nikt specjalnie nie protestuje i niestety wielu ludzi nigdy nie przekroczy granicy trzeciego punktu, o czym świadczy tak duża rzesza nowych słuchaczy programu Ramseya.

Większe kontrowersje pojawiają się przy inwestycjach.

1. Ramsey wykazuje zupełnie nierealne oczekiwania wobec rynku akcji licząc na średnioroczną stopę zwrotu w wysokości aż 12 procent.

Wylicza ją sobie dodając procenty i dzieląc je przez liczbę lat, co jest poważnym błędem. Wyjaśnienie na grafice poniżej:


Z tego wynika niebezpieczny pomysł, aby po przejściu na emeryturę co roku wydawać aż 8 procent ze zgromadzonego kapitału, ponieważ - zdaniem Ramseya, wysoki zysk z akcji zagwarantuje jego łatwą odbudowę (standardowo przyjmuje się ostrożnie 4 procent).

2. Nie bierze pod uwagę zmienności, którą najlepiej obrazują wahania wartości naszego indeksu szerokiego rynku na przestrzeni lat:


Jeżeli przyjmiemy, że przykładowy inwestor posiadał rachunek o wartości w złotych odpowiadający mniej więcej punktom indeksu WIG, to na przykład w lecie 2007 roku zgromadził na koncie ponad 65 tys. zł, a w lutym 2009 roku aktywa skurczyły się do zaledwie nieco ponad 20 tysięcy. I co by się stało, gdyby wtedy na przykład przechodził na emeryturę i chciał przerzucić całość na lokaty/obligacje lub zwyczajnie wydać na życie? Wcześniejsze założenia mogłyby wziąć zupełnie w łeb, a skoro media bombardują nas katastroficznymi wizjami w dołkach, nietrudno założyć, że większość wtedy sprzedaje, aby odkupić na górce, kiedy napływają prawie same dobre informacje.

3. Promuje fundusze inwestycyjne z bardzo wysokimi opłatami

Jeden z nich pobiera z góry aż 5,75 procent od wpłaconych pieniędzy. To szokująco wiele w stosunku do łatwo dostępnych w USA tanich ETF-ów, które naśladują ruch indeksów giełdowych i biją wynikami większość aktywnie zarządzanych funduszy inwestycyjnych.

W tym ostatnim przypadku zapewne chodzi o prowizje. Wiadomo, kasa musi się zgadzać.

Dlatego jeśli dochodzisz do miejsca, gdzie zaczyna się świat inwestycji, a kończy racjonalne oszczędzanie, tacy ludzie jak David Ramsey niekoniecznie okażą się dobrymi przewodnikami w przyszłości.

Na pewno warto zdać sobie sprawę z faktu, że tam, gdzie pojawia się ryzyko, nieuniknione są także straty. Najpierw należy sobie z nimi poradzić emocjonalnie i potraktować je jako taki sam koszt, jak na przykład wydatki na paliwo czy energię elektryczną. Kiedy przychodzi faktura, nie patrzysz na nią z radością, ale płacisz i po chwili o niej zapominasz.

Jeśli nie godzisz się na ponoszenie tych kosztów, nie inwestuj.

Jeśli nie chcesz wziąć odpowiedzialności za swoje decyzje, również nie inwestuj.

Inwestuj tylko w to, co rozumiesz i tylko wtedy, jeśli wiesz PRZED transakcją co zrobisz, jeśli rynek wzrośnie, spadnie lub pozostanie w tym samym miejscu.

Sam jesteś dla siebie najlepszym doradcą finansowym, ale przed podjęciem decyzji warto słuchać innych. Pamiętaj, że typowy doradca finansowy chce zarobić jak najwięcej i wciśnie Tobie inwestycję, która jest korzystna dla niego i z której uzyska najwyższą prowizję. Nie jest tak za każdym razem. Jednak zawsze trzeba mieć to zastrzeżenie z tyłu głowy.

Solidnego doradcę łatwo poznasz po tym, że zanim zechce cokolwiek Ci zaproponować, będzie chciał dokładnie poznać stan Twoich finansów i Twoje cele oraz łatwo wskaże zadowolonych z jego wskazówek klientów.

Nie wiem, ilu takich jest - dane chętnie zbiorą, wiadomo. Natomiast może być trudniej o naprawdę usatysfakcjonowanych klientów.

A może znasz takich? Czy radzisz sobie samodzielnie?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...