Dokładnie dziś mija ósma rocznica dołka na nowojorskiej giełdzie, od którego zaczęła się trwająca do teraz hossa. W trakcie sesji w piątek 6 marca 2009 roku inwestorzy zobaczyli przy indeksie S&P 500 trzy diabelskie szóstki - dokładnie 666,79 punktów.
Trzy dni wcześniej prezydent Obama oświadczył, że kupowanie akcji w długoterminowej perspektywie może okazać się dobrym pomysłem, jeśli spojrzymy na niewygórowane wskaźniki fundamentalne spółek.
Z perspektywy czasu widać, że był to doskonały sygnał kupna: od dołka w marcu 2009 roku do tegorocznego maksimum z 1 marca indeks S&P 500 zyskał 260 procent.
Oczywiście bezpośrednim katalizatorem wzrostu nie były słowa prezydenta, tylko sygnały o poprawiającej się kondycji banków. Jeszcze w marcu 2009 r. prezesi Citigroup i Bank of America ogłosili, że ich banki znowu zarabiają, co inwestorzy potraktowali jako doskonały pretekst do wzmożonych zakupów ostro przecenionych akcji.
Uznano wtedy, że zaczyna działać luźna polityka monetarna (QE) zastosowana przez Bank Rezerwy Federalnej. Tę samą kroplówkę podano w wielu innych miejscach na świecie i teraz wszyscy zastanawiamy się, czy nadchodzące zacieśnianie polityki monetarnej nie wywoła wstrząsu również na giełdach.
