Dziś obejrzeliśmy tradycyjny fixing cudów na WIG20, ale szczerze mówiąc niespecjalnie mnie on dziwi i nie mam złudzeń co do naszego rynku. Grubasy śmieją się z nadzoru i nasza bananowa giełda nie pozostawia złudzeń czemu znaleźliśmy się w koszyku z Ukrainą i innymi gigantami.
Tymczasem niezbyt się tym ekscytuję i dorzuciłem do portfela kolejne dwie spółki w tym tygodniu:
oraz Teta dziś 120 sztuk po 7,61 zł.
Pozycje są niewielkie i stopy szerokie. Podejrzewam, że obie powinny dobrze testować moją cierpliwość. W tej drugiej trochę nie podoba mi się za duży udział instytucjonalnych panikarzy, co zwiększa ryzyko w razie turbulencji wywołanych rzucaniem o glebę WIGu 20 przez zuchwałego misia.
Możliwe, że kupuję za wcześnie, wtedy walory wypadną, ale przeszedłem teraz od spekulacji do akumulacji, bo nikt nie wie kiedy będzie dno, dopóki nie zostanie wyraźnie minięte, a ceny prawdopodobnie dyskontują większość czarnych scenariuszy dla spółek.
W dalszym ciągu niecałe 7k zł na giełdzie nie stanowi zbyt wielkiego zaangażowania procentowego portfela (ledwie ponad 20%) i spokojnie będę je zwiększał tak, aby nową hossą rozpocząć z odpowiednią ilością towaru. Brakuje mi do niej fazy zniechęcenia i akumulacji, której będę z utęsknieniem wypatrywał i wcale nie pogniewam się jak zaczniemy trwalsze wzrosty, gdy będę miał kilkadziesiąt tysięcy w akcjach.
Jeśli czeka nas krach walutowo-finansowy, to lokaty przed niczym nikogo nie uchronią i traktuję je jako przechowalnię –oczywiście zawsze szukając solidnego oprocentowania, ale ubezpieczam się złotem i euro.
wtorek, 31 marca 2009
Poza szulernią. Armatura i Teta do kompletu
Posted by
ZP
at
19:30
13
comments
niedziela, 29 marca 2009
Co kupić na giełdzie?

To pytanie przewija się non-stop. Niecierpliwi szukają najchętniej typów z konkretną nazwą i najlepiej gdyby to było z 50% zysku w tydzień lub dwa. Faktycznie w ostatnich tygodniach takie wystrzały obserwujemy na wielu mniejszych spółkach, ale nie tylko - ostatnio na przykład także na Lotosie.
Najpierw kilka liczb.
WIG20 liczy się od poziomu 1000 punktów od 16 kwietnia 1994 roku. Zatem przez niemal 15 lat urósł on raptem o 57,5% + dywidendy. WIG w tym samym czasie zyskał 148,5% +dywidendy, a więc już widać, że mniejsze spółki są zdecydowanie lepsze i premia za ryzyko wydaje się wystarczająca.
Mniejsze indeksy wprowadzono później pod nazwami WIRR oraz Midwig, teraz zmienionymi na sWIG80 oraz mWIG40.
Popatrzmy na ostatnie 10 lat:
WIG20 + 16,1%
WIG +74,7%
mWIG40 +69,4%
sWIG80 + 344,9% (!)
Uncja złota w złotych +190%
Inflacja 45,9%
Co ciekawe moja uwaga na temat, że złoto było lepszą inwestycją od naszych największych spółek wywołała dość nerwową reakcję na blogu bossy i autor próbował trochę odwrócić kota ogonem wskazując, że wzrost ceny mieszkań też był w tym czasie większy (ciekawe jak tymi mieszkaniami obraca on na giełdzie czy Forexie). Nie chcę już więcej polemizować, bo zrozumiałem, że chodzi o chleb maklerów – w końcu żyją z prowizji, ale przecież wystarczyłoby zauważyć to co ja teraz podaję, czyli wcale daleko nie szukając poza branżę, że małe spółki mają prawdziwy potencjał wzrostowy.
Jako ciekawostkę dodam, że ich miłośnikiem jest Krzysztof Daukszewicz.
Tym bardziej teraz nie widzę sensu angażować się w te największe, skoro zagrożone bankructwem są całe państwa i waluty, więc bezpieczna przystań nie istnieje.
Jednym z poważnych problemów małych spółek jest ich często słaba płynność i podatność na spekulację. Z drugiej strony dzięki temu duże fundusze czasem nie mogą wejść w nie i nawet ich nie analizują.
Ile optymalnie trzymać spółek w portfelu?
Maksymalnie powinno ich być około dziesięciu – co i tak jest sporym wyzwaniem. Zresztą właściwie już gdzieś od około 7-8 gwałtownie spada korzyść z dywersyfikacji ryzyka, a ich monitorowanie staje się zbyt uciążliwe i kosztowne (sprawdźcie akcje ilu spółek posiadają nasze genialne fundusze inwestycyjne – czasem po kilkadziesiąt, pewnie, żeby uzasadnić wysokie koszty).
Tutaj zauważam zabawną niezgodność z tym co oficjalnie głosi Buffett, który teoretycznie jest przeciw dywersyfikowaniu, a tymczasem w portfelu Berkshire znajdziemy co najmniej 14 spółek.
W tak ekstremalnych czasach jak obecne zakładam, że każda firma, której walory kupuję może zbankrutować, ale jednak nawet przy niedużych pozycjach wyznaczam sobie stop lossy (wirtualnie, ale na pewno zrealizuję w razie czego).
Co do realizacji zysku podam przykład New World Resources. Jeśli spadnie nieco poniżej 10 zł, to wywalam -powiedzmy niech będzie to 9 zł. Jak łatwo policzyć minimum na jakie czekam to 15 zł, a jeszcze lepiej 18 czy więcej. Podobne rozumowanie dotyczy Mieszka, ropy naftowej oraz Warfamy. KGHM ma stopa na 42,5, ale będę do miedzi powracał tak czy siak.
Szczerze mówiąc w tym roku nie mam wielkich oczekiwań wobec akcji i nawet strata niespecjalnie mnie zniechęci, bo będę tu przesuwał powoli sporą część kapitału. Proces trochę potrwa.
Na koniec napiszę, że na poniedziałek wbiłem zlecenie kupna kolejnej spółki. Zobaczymy czy wejdzie. Przyglądam się całkiem sporej grupie mniejszych i czy będzie rosło czy nie to akurat teraz dla mnie ma dość średnie znaczenie ze względu na wielkość kapitału zaangażowanego na GPW. Tym bardziej, że uważam za całkiem prawdopodobny scenariusz, że długoterminowo odbicie będzie jeszcze całkiem spore, a potem czeka nas pogłębienie dna i czas prawdziwych okazji. Czemu w takim razie kupuję teraz? Dla mnie niczyje prognozy nie mają wielkiego znaczenia i się do nich nie przywiązuję, a wiadomo, że już ceny są niezłe i prędzej czy później na tych spółkach zarobimy.
Posted by
ZP
at
11:27
12
comments
piątek, 27 marca 2009
Portfel spokojnie rośnie
Mimo marnego zakończenia, tydzień dla większości posiadaczy akcji okazał się udany dzięki sparafrazowaniu przez szalonych Jankesów dawnego hasła lotto: bilion w środę, bilion w sobotę, którym od niedawna karmi się publikę. Nieuchronnym jedynym rozwiązaniem kryzysu wydaje się podanie prawdziwej liczby trefnych papierów - sumy bilionowe, przejęcie upadających banków przez państwo i wywalenie nieudolnych zarządów na bruk, wyczyszcznie bilansów i dopiero potem odsprzedaż prywatnym inwestorom (pytanie tylko skąd wziąć kompetentnych ludzi?). Tak przynajmniej twierdzą Roubini i Johnson (ciekawy artykuł w linku). Niestety, lobby bankierów nie chce dopuścić do utraty swoich synekurek i doi naiwnych Amerykanów z kasy ile się da (na tym polegają kolejne programy pomocowe), co może doprowadzić do kataklizmu w USA, nie wykluczając zamieszek i upadku dolara jako waluty rezerwowej świata. W takim przypadku złoty też nie będzie wiele warty.
Do tej pory byłem sporym optymistą co do dalszych wzrostów, ale zaczynam się nieco niepokoić, bo WIG20 zrealizował zakładany ruch do 1600, złoty słabnie, a większość trąbi o ostrym odpale. Wygląda to niezbyt ciekawie, ale póki nie zejdziemy poniżej 1550 (dołki październikowo – listopadowe) będę siedział sobie ubrany w akcje – w końcu dopiero ze dwa dni temu padał śnieg. Wybrałem te mniejsze, bo podoba mi się sWIG80 i ich potencjał wzrostowy.
Portfel 32 358,49 zł (6761,49 + 19187+ 2760+ 3650)
Biuro maklerskie 6761,49 zł:
KGHM 20 akcji wartość 928 zł
Mieszko 600 akcji wartość 954 zł
New World Resources 100 akcji wartość 1290 zł
Warfama 1000 akcji wartość 900 zł
Ropa naftowa 100 certyfikatów RCCRUAOPEN wartość 1017 zł
Gotówka 1672,49 zł
W tym tygodniu zakończyłem spekulację na Millenium. O ryzyku kupowaniu akcji świadczy, że w sumie nie wnoszący niczego odkrywczego raport Piotra Palenika z ING, w którym autor przypomniał o ekspozycji Millenium na opcje czy niepewne kredyty wystarczył, żeby zatrzymać odbicie akurat na świetnej sesji dla reszty spółek we środę. Trochę szkoda, że nie ukazał się on na przykład z tydzień później, ale dobry i taki profit. Ostatecznie +290 zł/+5,5%. Poprzednio w marcu też zanotowałem zysk blisko 130 zł na tym banku, więc w sumie nie ma co płakać. Dziś jeszcze prezes Kott mówił o możliwej emisji, czyli Millenium wypada z mojej orbity zainteresowań.
W czwartek pojawiło się sporo głównie mniejszych spółek w portfelu i mam nadzieję, że choć część z nich pozostanie nieco dłużej tak jak udaje się to certyfikatom na ropę (trzymam od 3 marca).
Początkowo był tu spekulacyjnie za 2,5k Famur, ale wyleciał w piątek, bo nie przebił 1,05, a GPW nie daje jednak pewności co do wzrostów, więc dobrze mieć trochę gotówki pod ręką. Strata na Famurze 79,14 zł/-3%. Drugą spółką, na której jestem na minusie po kupnie dziś jest KGHM, który wrzuciłem po 47,15. Z resztą jest znacznie lepiej:


Skąd akurat takie?
Surowce: KGHM, New World Resources, ropa naftowa; maszyny rolnicze: Warfama; przemysł spożywczy: Mieszko (raport analityczny Amerbrokers w pdfie).
Wydaje mi się, że finansowo najsłabsza jest Warfama, ale kto wie czy jednak nie nadejdzie boom w rolnictwie i nie wystrzeli? Zobaczymy co będzie. Z umiarkowanym optymizmem i stopami czekam na rozwój wydarzeń. Nie wykluczam kolejnych zakupów w przyszłym tygodniu.
Lokaty i depozyty 19 187 zł:
Open Finance/Noble Bank 1430 zł
Deutsche Bank 7000 zł
SKOK lokaty 10484 zł
Eurobank 273 zł
Waluty 2760 zł
600 euro
Złoto 3650 zł
36 g w monetach
Doszło 50 euro kupione po 4,56 zł – w przyszłym tygodniu następne aż do 10% portfela.
W poprzednim wpisie wyjaśniłem czemu powoli będę zmniejszał zaangażowanie w lokatach ze względu na ich coraz mniejszą opłacalność. Jeśli sytuacja będzie się stabilizować, do góry pójdzie rynek akcji, więc tam lepiej powoli transferować kasę. Jeśli ruszy kolejna fala kryzysu, lokaty przed niczym nas nie uchronią, więc jest to gra niesprawiedliwa i bez paniki, ale dość konsekwentnie procentowo zmniejszam depozyty złotówkowe na rzecz akcji – to w razie odbicia, oraz euro i złota jako ubezpieczenia portfela.
W mijającym tygodniu blog otrzymał dotację (dzięki Sławek) i mam nadzieję, że przynosi on komuś konkretny pożytek, również wymierny w pieniądzach. Dla mnie takie wpływy są również dowodem, że praca wykonywana przeze mnie przynosi konkretne korzyści czytelnikom.
W piątek przyszedł przelew z Google AdSense za reklamy klikane w lutym. Tym razem było to zdecydowanie mniej niż ostatnio, bo 438 zł, ale na szczęście w marcu będzie lepiej o ile kurs dolara nie zawali się w jakiś spektakularny sposób.
W poniedziałek wysyłam 200 zł do maklera i na pewno będę się starał tutaj zwiększać zaangażowanie niezależnie od koniunktury giełdowej, bo już nadszedł czas na przesuwanie kapitału. Plan minimum na ten rok dla portfela, czyli 35 000 zł powinien zostać zrealizowany w pierwszej połowie roku.
Na koniec wszystkich gorąco zachęcam do rozpoczęcia nowego miesiąca od zapłacenia sobie. To naprawdę działa i nie jest wcale sloganem z podręcznika dla akwizytorów. Wystarczy dyscyplina i systematyczność.
Posted by
ZP
at
19:12
17
comments
czwartek, 26 marca 2009
Ile lokat trzymać w portfelu?

Niedawna sytuacja, gdy lokaty dawały oprocentowanie rzędu 10 i więcej procent rocznie przy prognozowanej inflacji około 4% wydawała się bajką. Niestety znalazła się łyżka dziegciu w tej beczce miodu i na przykład na początku stycznia założyłem lokatę roczną na 9,5%, zadowolony z dobrego posunięcia, a tymczasem cały zysk z odsetek został wyzerowany przez spadek złotego do euro.
Zakładam, że długoterminowo, w perspektywie kilku lat przejdziemy jednak na euro, więc już na stałe znajdzie się w portfelu pozycja pod nazwą euro. Nadal istnieje obawa o stabilność systemu finansowego, więc za 1% rocznie netto nie mam zamiaru ich pożyczać bankom. Na razie kwota jest nieduża, ale później pomyślę nad tym, gdzie trzymać te środki.
Przy spadających stopach procentowych banki będą ciąć procenty z lokat i premia za trzymanie pieniędzy u nich nie wydaje mi się obecnie zbyt atrakcyjna. Owszem, będę przedłużał kolejne depozyty (większa operacja pod koniec maja), ale ich udział procentowy w portfelu będzie z pewnością spadał. Strategia ”cash is the king” wciąż nie traci aktualności, ale gotówka niekoniecznie musi leżeć w banku.
Drugim elementem, którym zastępuję część lokat jest złoto. Ze względu na dość wysoką cenę i ograniczoną płynność kruszcu trzeba tutaj zachować rozsądek i po prostu w miarę przyrostu portfela będę starał się utrzymywać jego wielkość w okolicach 10% całości kapitału.
Myślałem też nad srebrem, ale ze względów praktycznych (zajmuje sporo miejsca) pozostanę przy fizycznym złocie, choć nie ukrywam, że czasem jakąś blaszkę sobie dobiorę (w tym tygodniu 5 x 65. Rocznica Powstania w Getcie Warszawskim – moneta kosztuje około 50 zł, a kruszec wart mniej więcej 40).
Wracając do pytania tytułowego, lokaty powinny mniej więcej stanowić 20-50% portfela - można uznać, że roboczo przyjmijmy, że twój wiek określa ten procent.
W tej chwili przeżywamy jednak czasy kryzysu i wygląda to tak, że scenariusze dla posiadaczy depozytów są dość kiepskie. Jeśli wszystko będzie wracać do normy, to dostaną te swoje kilka procent, ale w tym samym czasie na przykład ceny akcji będą znacznie wyższe niż obecnie.
Z tego powodu dziś kupiłem kilka niewielkich pakietów akcji takich jak Warfama, Famur czy New World Resources oraz Mieszko (szerzej napiszę o nich jutro oraz podam końcowy zysk z Millenium).
W drugim wariancie lokaty nic nam nie dadzą, bo albo złoty znowu zacznie tracić, albo nastąpi kolejna faza kryzysu z trudnymi do przewidzenia skutkami, albo zwyczajnie skoczy inflacja zjadając cały początkowo atrakcyjny profit.
Podsumowując, uważam, że lokaty tak, ale za mniejszą część portfela, bo jeśli wszystko przebiega według jakiegoś cyklu to powinno to wyglądać tak:
1. akumulacja gotówki
2. akumulacja akcji
3. zakup nieruchomości
4. kasowanie zysków.
Ja powoli przechodzę do stadium nr 2, ale z ubezpieczeniem w postaci walut i złota.
wtorek, 24 marca 2009
Pesymizm dobrą trampoliną do odbicia
Przez poprzedni tydzień na blogu znajdowała się ankieta z pytaniem czy ostateczne dno bessy na WIG20 wyznaczyliśmy na 1253,24 (sam wybrałem odpowiedź, że nie). Zastanawiający wydaje się dość wyraźny pesymizm:
Jednak nadal nie ma tu sprzeczności z sytuacją na giełdzie – teraz zaczyna się walka z oporami na WIG20 w okolicach 1550-1600 punktów. Jeśli zakończy się sukcesem, nie widzę przeszkód w podjeździe do 1900-2000 punktów i potem powrotu do głównego trendu lub do boczniaka.
Fundamentalnie powinno to wiązać się z rozczarowaniem, że plany drukarskie niewiele pomogły i wtedy sprawdzimy czy te 1253 to faktycznie dołek czy tylko przystanek.
Na razie jeszcze wstrzymajmy się z ostatecznym wyrokowaniem, bo w końcu opory nie zostały przebite, ale potem można w ich okolicach ustawić ewentualne stop-lossy i spokojnie czekać na hossę głupców.
Szczególnie bacznie przyglądałbym się mniejszym spółkom, wliczając w to także kilka banków. Dużo osób skanuje takie posty, żeby znaleźć konkretne typy do analizy. No to nieustająco pozostaję przy Millenium, a z ciekawostek proponuję popatrzeć na:
Gant, Synthos, Warfama, Żurawie, MCI, Comarch, Qumak-Sekom, Kopex.
Naprawdę jest ich cała góra i wymieniłem tylko parę ciekawych z różnych względów, a wszystkie łączy potencjał odbicia co najmniej 20%. Trzeba jednak wziąć pod uwagę też płynność spółek. Na przykład MCI do spekulacji nadaje sie zdecydowanie lepiej niż Comarch. Ten ostatni wydaje się wciąż niemal pewniakiem do zarobku, lecz pewnie tylko dla kupujących za kilka tysięcy zł.
Z realizacją zysków nie spieszyłbym się tym razem aż tak mocno, ale pod warunkiem, że WIG20 przebije wspomniane 1600. Zatem z pewną nadzieją czekamy na ten ruch i wtedy zaistnieją warunki do zarobku rzędu kilkunastu-kilkudziesięciu procent właśnie na średniakach i maluchach. Tymczasem można otworzyć na przykład ½ pozycji i spokojnie czekać.
Posted by
ZP
at
07:35
11
comments
niedziela, 22 marca 2009
Jak wycenić nieruchomość i zarobić?

Przyznam się, że nigdy nawet nie rozważałem kredytu hipotecznego z tego powodu, że czułbym się dość kiepsko mając perspektywę pracy na rzecz banku przez kolejne 20 czy 30 lat. Wolałem zacisnąć zęby i więcej pracować, żeby kupić sobie mieszkanie za praktycznie własne środki. Rozumiem jednak ludzi, którzy mają na przykład małe dzieci i gnieżdżą się z rodzicami czy wynajmują mieszkanie. Na ich miejscu po prostu kupiłbym nieco mniejsze mieszkanie na kredyt (małe dwupokojowe) - program "Rodzina na swoim" (tu trochę więcej na ten temat) też pomoże i ruszył do boju, żeby zarabiać pieniądze i odkładać na większe. Oczywiście gdybym wiedział, że w latach 2004-2007 będzie taki odpał na nieruchomościach powiązany ze spadkiem wartości CHF, wysłałbym przelew Kiyosakiemu w podzięce za jego genialne koncepcje i teraz liczył dziesiątki tysięcy zysku. Niestety wszystko co piękne szybko się kończy i tylko współczuję tym, którzy zabrali się za tego typu pomysły w zeszłym roku, szczególnie w wakacje.
Czyż nie byłoby piękne kupić mieszkanie na kredyt, wynająć lokatorom, którzy będą nam płacić czynsz, z kolei którym będziemy spłacać odsetki i jeszcze zostanie nam pewna sumka, a co więcej wartość nieruchomości będzie rosła? Teraz obserwujemy gwałtowny upadek idei marzycieli, ale ci co weszli w to na początku mogą spokojnie skasować zysk sprzedając mieszkania póki jeszcze mają niezłe ceny
Poza tym w przyszłym roku prawdopodobnie wejdzie w życie rekomendacja T wydana przez KNF, na mocy której kredyty hipoteczne w walutach obcych (czyli praktycznie chodzi o te we frankach szwajcarskich) udzielane na dłużej niż 5 lat będą wymagały co najmniej 20% wkładu własnego.
Pora na praktyczne wskazówki.
Od razu zastrzegam, że nie jestem superdoświadczonym inwestorem w nieruchomościach, ale nie ukrywam, że temat mnie interesuje od dłuższego czasu dość mocno i być może także niedługo przyjdzie pora na debiut i w tym portfelu.
Zacznijmy od początku.
Możliwe, że rację ma Jim Rogers, który zaleca kupowanie ziemi rolnej i przekwalifikowanie się na chłopa na czas nadchodzącego kryzysu. Jednak chciałem zauważyć, że w Polsce taka ziemia przeżywa wciąż hossę i według Agencji Nieruchomości Rolnych w 2008 roku średnia cena za hektar wzrosła aż o 28% do około 12 500 zł, a dobra ziemia w Wielkopolsce sprzedawana przez ANR kosztowała aż 21,6 k za hektar. Nie jestem rolnikiem i naprawdę nie będę się wygłupiał z oceną czy to jest opłacalne czy nie, ale tanio raczej nie jest.
Co do działek budowlanych, to oceniam, że ich ceny wywoławcze zdecydowanie bujają w obłokach. Na tym rynku na pewno liczą się znajomości i na przykład kto wie, że w pobliżu powstanie na przykład nowe osiedle czy centrum handlowe, znajdzie żyłę złota.
A teraz pora na parę obliczeń. Kiedy oceniamy czy opłaca się nam kupić mieszkanie i na przykład nie celujemy w dołek ceny licząc na wzrost jego wartości można posłużyć się w miarę prostymi rachunkami. Załóżmy, że kupujesz dziś kawalerkę w centrum Warszawy za 250 000 zł. Teraz co istotne i często lekceważone to sprawdzenie ile wynosi koszt utrzymania tego mieszkania. To sprawa kluczowa, bo chodzi o to, żeby mieć jak najwyższy przychód miesięczny netto. Niech to będzie powiedzmy 1000 zł na czysto – wybrałem taką lokalizację, bo mamy tam zapewnione niemal 100% obłożenia prawie przez cały czas. Teraz policzmy: 1000x 12 = 12 000 zł. 12 000/250 000 = 4,8%. Czy taka stopa zwrotu zadowala Cię?
Zastanówmy się nad kosztem alternatywnym.
Ulokowanie tych pieniędzy w banku daje nam pewne 6% rocznie bez żadnych zmartwień poza drżeniem o sam system finansowy. W normalnych czasach logicznym rozwiązaniem byłby bank, ale teraz pomyślmy.
Jeśli nadejdzie jakaś katastrofa finansowa, akurat domy powinny stać dalej i co więcej możesz bez trudu uwzględnić rosnącą inflację podnosząc wynajem, a równocześnie wzrośnie nominalnie cena nieruchomości.
Zatem uważam, że akurat teraz jeśli miałbym do wyboru wpłacić pieniądze do banku na 5% na czysto albo kupić mieszkanie, z którego zwrot wyniesie na przykład 6% rocznie dobrze zastanowiłbym się nad tą kwestią i wybrał rozwiązanie pośrednie czyli jeszcze poczekał przynajmniej do jesieni i wybrał zakup M.
Podejrzewam jednak, że tylko niewielka część czytelników dysponuje odpowiednim kapitałem własnym na takie manewry, więc dla tych co doczytali do tego miejsca mam mały bonus. Kiedyś o nim pisałem i teraz wracam do tematu. Jeśli masz kilkanaście –kilkadziesiąt tysięcy złotych zastanów się nad … garażem na wynajem. Trzeba się dobrze rozejrzeć, ale w ten sposób możemy uratować kasę przed ewentualną przyszłą inflacją, a samochodów przecież na ulicach wcale nie ubywa. Idealne byłoby jakieś miejsce (centrum miasta czy stare osiedle) z niewielką liczbą garaży, choć wtedy cena wzrasta (nowe osiedla raczej odpadają, bo tam planowano więcej miejsc dla aut). Jednak jeśli wychodzi przynajmniej 6% rocznie zwrotu początkowej inwestycji, to akurat w obecnych czasach uważam, że jest to całkiem bezpieczna zamrażarka dla pieniędzy.
Trzeba to wszystko na spokojnie skalkulować i pamiętać o różnych podatkach i opłatach, które zmniejszają nasze zyski.
Z kolei sprzedający powinien kierować się zdrowym rozsądkiem i sprawdzić ceny transakcyjne (nie mylić z wywoławczymi) podobnych nieruchomości w sąsiedztwie w ostatnim czasie. Należy liczyć się z możliwą utratą kolejnych 30-40% w wartościach realnych w najbliższych 2-3 latach. Nie jestem prorokiem, kiedy będzie dno, ale ceny nominalne może uratować wyłącznie inflacja, czyli tak czy siak obecne ceny są wciąż całkiem niezłe, szczególnie dla osób, które kupowały mieszkania przynajmniej 5-6 lat temu.
Jeśli ktoś zajmuje się na co dzień nieruchomościami wynajmując je – chętnie poznam opinie praktyków.
Posted by
ZP
at
20:27
5
comments
Labels: nieruchomości
sobota, 21 marca 2009
Portfel pod presją drukarzy
Wydarzeniem tygodnia stało się ogłoszenie przez Fed dodrukowania ponad biliona dolarów. W ten sposób gwałtownie przyspieszenia w realizacji nabiera scenariusz inflacyjny, a może i nawet hiperinflacyjny. Ekonomiści lubią często gmatwać proste sprawy dla zmylenia publiki, ale osobom nie rozumiejącym na czym polega zagrożenie przedstawię proste wyjaśnienie:
Załóżmy, że masz 100 dolarów w portfelu. Teraz Fed, ot tak sobie, drukuje drugą stówkę i wręcza ją znajomym bankierom – przypadkiem udziałowcom Fedu. Zatem w skrócie twoja niedawna stówa warta jest teraz tylko połowę tego co wcześniej, a druga połowa wędruje do Morgana, Goldmana, AIG i reszty.
Amerykanie powoli zaczynają się buntować i dziwię się, że i tak spokojnie znoszą ich okradanie. Niektórym wystarczy obejrzeć zadowolonego prezydenta w komediowym show Jaya Leno i posłuchać jakie postępy poczynił w grze w kręgle, ale chyba jeszcze znajdzie się trochę normalnych ludzi w USA?
Na razie przed presją drukowania powstrzymuje się na szczęście ECB i euro jako tako jest bezpieczne – tu akurat zagrożeniem jest słabość PIGS (Portugal, Italy, Greece, Spain) oraz Irlandii, no i pośrednio naszego regionu. Wszystko może paść jak domek z kart.
Co w takim razie należy robić? Zamieniać papierki na coś trwalszego. Oczywistym tropem nr 1 jest złoto – planowałem tu dotąd 10% kasy trzymać w monetach, ale po tych szalonych ruchach Bernanke nieco zwiększam zaangażowanie i dołożę do około 20%.
W razie krachu naszego regionu złoty zanurkuje, więc cały czas będę powoli zwiększał zaangażowanie w euro kupując co tydzień po 50, aż dojdę do 10%.
Z lokatami mam coraz bardziej mieszane uczucia i na pewno nie będę ich zwiększał w tym roku, a wręcz lekko redukował, bo ryzyko jest znacznie większe niż oferowane oprocentowanie.
Zauważmy, że jeśli na rynku będzie panował względny spokój, to i akcje zdrożeją. W takim razie za dużo lokat czy obligacji nie ma sensu trzymać.
Z giełdą mam właśnie trudny orzech do zgryzienia i zastanawiam się czy część pustego pieniądza nie zostanie wpompowana tutaj kreując sztuczny odpał? Logiki w tym za bardzo nie widać, ale potencjalnie istnieje taka szansa. Oczywiście, jeśli przeważy zdrowy rozsądek i S&P500 znowu spadnie poniżej 750 pkt trzeba będzie się ewakuować, ale póki co nadal priorytetem pozostaje dla mnie powolnie zwiększanie stanu u maklera i nie interesuje mnie 7 czy 10 tysięcy, ale znacznie więcej.
Portfel 31 424,75 zł (6248,75+18948+2502+3726)
Biuro maklerskie 6248,75 zł:
Millenium 2860 akcji wartość 5262,4 zł
Ropa naftowa 100 certyfikatów wartość 979 zł
Gotówka 7,35 zł
Zacznijmy od błędów i wypaczeń. Elektroniczne złoto w postaci certyfikatów budzi nieco ambiwalentne uczucia i znalazłem pretekst, żeby jednak sprzedać RCGLDAOPEN, bo najpierw cena gold zeszła poniżej 900$, a potem S&P500 przebił 780. Co prawda w obu przypadkach zanotowaliśmy potem ruchy powrotne, ale ze względu na zbyt dużą zmienność i ryzyko upadku systemu finansowego postanowiłem jednak zdecydowanie pozostać przy złocie materialnym i po podsumowaniu wyszła mi ostateczna strata 270 zł/-5% (maksymalnie miałem 16 certyfikatów).
Ktoś może jednak zapytać w takim razie jakim cudem stan konta u maklera poprawił się? Odpowiedź: Immoeast. Nie mam pojęcia jak taką spółkę wycenić z tak niejasnymi informacjami i skąpymi danymi, więc podłączyłem się wczoraj do fali plotek o rychłym wykupie przez mityczne fundusze po 11 zł i zarobiłem 322,63 zł/+8%

Tym sposobem jednak delikatnie jestem na plus, tym bardziej, że zdrożała ropa naftowa oraz jestem już mniej więcej na zero z kupowanym w czwartek (500 sztuk) i w piątek Millenium.
Tym razem stop mam nieco poniżej 1,65 zł i jest to pozycja spekulacyjna pod hossę drukarzy.
Pisałem o tym gdzie indziej, ale pomocniczo do oceny potencjału danej spółki proponuję pomnożyć jej obecną cenę przez 2 i sprawdzić czy wtedy będzie droga czy tania oraz jak wygląda wykres. W przypadku banku Kotta dopiero 6 zł wzbudziłoby moje naprawdę duże wątpliwości.
Jednak na razie zakładam wariant pesymistyczny i jeśli wylecę poniżej 1,65, robię tydzień przerwy, a potem kupuję na dłużej nieduży pakiecik za około 1000 zł wybranego waloru i zakopuje tak jak teraz założyłem z certyfikatami na ropę naftową, na które zresztą nawet specjalnie nie zerkam.
Kolejne środki do maklera pójdą na przełomie marca i kwietnia.
Lokaty i depozyty 18 948 zł:
Open Finance/Noble Bank 1430 zł
Deutsche Bank 7000 zł
SKOK lokaty 10484 zł
Eurobank 34 zł
Waluty 2502 zł
550 euro
Złoto 3726 zł
36 g w monetach
W tym tygodniu, w poniedziałek kupiłem 50 euro po 4,5 zł (udało się prawie po minimum) z 200 zł nowych oszczędności + 25 zł z Eurobanku, a za kolejne zaskórniaki oraz stówę z Eurobanku, za 856 zł znowu kupiłem następną złotą monetę. Ich wartość liczę dość nisko po cenie NBP skupu złomu czystego złota w nich zawartego. Kolejnym ruchem będzie kupno sztabki 10 g w kwietniu i podobnej w maju (częściowo kosztem lokat).
Co do bloga, to nie zawsze udaje mi się codziennie stworzyć solidny wpis, ale staram się pisać w miarę na bieżąco i oferować Czytelnikom przydatną treść od strony praktycznej (czyli dzięki której także można poprawić stan swoich finansów). Jeśli komuś się przydaje, cieszę się choć wiadomo, że jeszcze przyjemniej byłoby widzieć nieco wyższe wpływy z reklam czy nawet niewielkich dotacji choćby częściowo rekompensujących mój autentyczny wysiłek, ale tu nikogo do niczego nie zmuszam i każdy niech sam decyduje. Od strony biznesowej pewnie bardziej opłacałoby mi się skupić na sprzedaży płatnych biuletynów, ale na razie nie mam takich planów, bo projekt bloga opisującego drogę od 0 do 3 mln zł wciąż mnie bardziej pociąga mimo, że niekoniecznie ma to uzasadnienie czysto finansowe. W końcu nie piszę tutaj dla pieniędzy, a są one tylko pewnego rodzaju dowodem uznania realnej wartości bloga. A sława mnie zupełnie nie interesuje i tu pozdrawiam Pana Redaktora z pewnego znanego tygodnika :)
Kryzys nabrał przyspieszenia i zastanawiam się jak się to wszystko potoczy i naprawdę żyjemy w niezwykle ciężkich czasach, także dla inwestorów. Trudno płynie się w takim sztormie, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni. Z tego powodu wszystkich, którzy doczytali do tego miejsca zachęcam, aby w przyszłym tygodniu odłożyli choćby kilkadziesiąt złotych i wpłacili nawet na lokatę, konto lokacyjne (ja proponuję raczej tym razem monety, surowce lub dla odważnych akcje) czy zmniejszyli swoje zadłużenie dodatkowo spłacając kartę kredytową czy kredyt gotówkowy.
Posted by
ZP
at
08:51
17
comments
Labels: Millenium, portfel, RCGLDAOPEN, ropa naftowa, Złoto
środa, 18 marca 2009
Złoto czy papierki?
John Paulson (ten sam, u którego pracuje teraz Greenspan) zarobił dla klientów swojego funduszu hedgingowego miliardy dolarów, a dzięki tym rewelacyjnym wynikom w zeszłym roku otrzymał rekordowe jednorazowe wynagrodzenie w historii Wall Street 3,7 mld dolarów za to, że trafnie obstawił kryzys hipoteczny przy pomocy pochodnych. Więcej o nim można przeczytać tutaj.
Dzisiejszy "Financial Times" przynosi informację, że tym razem kupił on 11,3% akcji kopalni złota AngloGold z RPA. Teraz Paulson stawia na złoto przeciw papierkom z cyferkami drukowanym przez szalonych bankierów (USA, Wlk. Brytania, Szwajcaria ...).
Sam na miarę swoich możliwości i zgodnie ze zdrowym rozsądkiem (kilkanaście procent kasy) kupiłem złote monety (mam więcej niż w tym portfelu, nawet celowo użyłem karty kredytowej, aby odroczyć płatność w czasie) i wciąż czekam z certyfikatami RCGLDAOPEN. Z tymi ostatnimi chodzi o spekulację i możliwe, że dziś lub jutro wylecę z nich. Długoterminowo nie widzę jednak szans na uniknięcie inflacji i może nie będzie to cena 2000$ za uncję aurum, ale powinno być wyżej niż dziś (okolice 900).
Możliwe, że Ameryka za te drukowane teraz dolce kupuje akcje i zrobią z tego nawet jakiś rajd, do którego i ja się przyłączę (a co mi tam). Kto ich tam wie, ale wątpię, żeby to skończyło się happy endem jak w Hollywood.
Posted by
ZP
at
07:09
16
comments
Labels: RCGLDAOPEN, Złoto
poniedziałek, 16 marca 2009
Kredyt hipoteczny – spiesz się powoli

Ostatnio w mediach trwa pewnego rodzaju nagonka na potencjalnych nabywców mieszkań, działek czy domów, żeby koniecznie teraz kupowali, bo taniej już nie będzie, a jeśli nawet to bardzo niewiele. Takie gadanie budzi moje zdumienie i pewien niesmak. Wiadomo, że pośrednicy kredytowi, agenci nieruchomości czy deweloperzy będą zawsze recytowali taką samą mantrę, ale szkoda, że nie istnieją niezależni eksperci, którzy nie są bezpośrednio zainteresowani jak największą sprzedażą, od której przecież zależy ich końcowe wynagrodzenie.
W sumie dobrze, że teraz mamy tak powszechny w bankach wymóg około 20% wkładu własnego i to oznacza, że potencjalny chętny musi się zmobilizować do oszczędzania i będzie bardziej szanować każdą złotówkę, a nie traktował swój kredyt hipoteczny jako wirtualne cyferki.
Przy rosnącym bezrobociu i kolejnych stadiach kryzysu finansowego, które rysują się dopiero przed nami, nie ma cudów i ceny nieruchomości nie wzrosną w ujęciu realnym. W sumie podobna sytuacja na rynku panowała całkiem niedawno, kilka lat temu gdzieś w latach 2001-2002 i podejrzewam, że przerabiamy podobny scenariusz.
Istotne w poprzednim akapicie jest słowo „realnym”. Problemem jest zachowanie bieżącej wartości naszych pieniędzy. Tymczasowo uważam, że przy obecnych poziomach cen walut, część można przerzucić na euro, choć te 4,4- 4,5 zł za sztukę i tak wydaje się kosmosem w porównaniu z ubiegłym rokiem. Tu nie ma prostych rozwiązań.
Osobiście uważam, że pierwsze odbiją ceny akcji i wolałbym powiększać zaangażowanie u maklera (tak zresztą powoli robię) celując w mniejsze spółki. Wątpię jednak, żeby te 1253 na WIG20 z 18 lutego było dnem (zapraszam do nowej ankiety na prawym panelu bloga) i ewentualna kontynuacja zwyżki wciąż będzie tylko korektą.
Nie każdy jednak ma taki profil ryzyka, żeby oszczędności życia pakować w tak dużym procencie na rynek giełdowy, ale ja z tymi nieruchomościami spokojnie czekałbym na wykrwawienie się marzycieli. Dopiero minęło kilka miesięcy szoku sprzedających. Jak przejdą w fazę desperacji na przykład po utracie pracy, a deweloperów mocniej przycisną banki, to wtedy pojawią się prawdziwe okazje inwestycyjne na rynku nieruchomości. Teraz ceny są ledwie nieco niższe od tych ze szczytów, a daleko im do poziomów z 2004 roku, gdzie, tak roboczo przypuszczam, znajdziemy jakąś stabilizację.
Wtedy nawet warto będzie pomyśleć o jakimś kredycie hipotecznym, gdy opadnie nieco dym trwającego pożaru. Jako osoba raczej konserwatywna w tych sprawach użyłbym kredytu raczej tylko uzupełniająco i to pod warunkiem, że nieruchomość rokuje nadzieję na zwyżkę ceny oraz da się ją wynająć, żeby przynajmniej pokryć koszty jej utrzymania. Póki co bardziej skupiłbym się na ochronie kapitału niż na zakupach, szczególnie tych na kredyt.
Nieco inaczej wygląda sytuacja osób, które nie inwestują/spekulują, tylko kupują mieszkanie, w którym mają żyć. Tu aż tak bardzo nie byłbym rygorystyczny i porównywałbym koszty wynajmu z obsługą kredytu i utrzymania nowego mieszkania/domu. Jeśli są podobne, to w takim wypadku pewnie po prostu targowałbym się z deweloperami już za parę miesięcy o różne upusty, a póki co zbierał na jak największy wkład własny i przeglądał oferty kredytów i mieszkań, żeby orientować się w temacie.
Posted by
ZP
at
08:14
10
comments
Labels: kredyt hipoteczny, nieruchomości
sobota, 14 marca 2009
Pan „kup i trzymaj” nie wytrzymał

Derek Foster nazywa siebie najmłodszym kanadyjskim emerytem.
W wieku 34 lat porzucił pracę i postanowił żyć z inwestowania w akcje, a właściwie z dywidend wypłacanych przez spółki (zestawienie polskich spółek płacących dywidendy). Tysiące Kanadyjczyków zachwyciły się perspektywą łatwego i pięknego życia z odcinania kuponów i kupiło dwie jego książki (zarobił na nich około 200 000 dolców).
Tymczasem gość, który głosił, że w czasach spadków należy dokupywać więcej akcji i trzymać walory dobrych spółek „na wieki” nie wytrzymał i sprzedał większość swoich walorów w ubiegłym miesiącu.
Jakie jest jego uzasadnienie tego ruchu? Foster w wywiadzie twierdzi, że kurczące się zyski firm oznaczają malejące dywidendy, a historycznie dno powinno być przy tym wskaźniku dla S&P500 około 6%. Podobnie P/E dla tego indeksu wynosi ponad 10, a powinna to być liczba jednocyfrowa.
Dość desperacko zdecydował się spekulować wystawiając opcje put na spółki (moim zdaniem trochę ryzykownie pod prąd, ale skoro wolno Buffettowi …).
Od siebie dodam, że prognozowanie zysków oraz dywidend firm jest teraz niezwykle trudne, a ktoś, kto chciałby żyć obecnie z dywidend na przykład z polskich spółek niech pamięta, że nawet KNF zaleciła bankom, aby ich nie wypłacały.
Marzenie o tym, że wrzucimy pieniądze do czarnej skrzynki i o nich zapomnimy, a w zamian dostaniemy regularne wysokie profity jest mrzonką, lecz przy okazji całkiem zyskownym biznesem dla sprzedawców marzeń - vide automaty do gier w całej Polsce.
Złośliwie można zgadywać, że dno już blisko skoro fundamentaliści sprzedają akcje (wystarczyłby rozsądny stoploss i po problemie), ale ja wciąż upieram się, że nawet jeśli czeka nas teraz fala wzrostowa, to będzie czystą spekulacją i wrócimy przynajmniej do rejonów ostatnich dołków.
Kłopot w tym, że linia spadkowa trendu (więcej dywagacji i wykresów tutaj) wisi aż na 2000 punktów na WIG20, więc premia do zdobycia w razie ruchu powrotnego (trend powinien być co jakiś czas testowany) jest całkiem spora i jeśli S&P500 przejdzie nad 800 pkt to też znowu kupię akcje, ale nie będę liczył na dywidendy czy emeryturę z nich, a wyłącznie na zarobek kilkunastu-kilkudziesięciu procent.
Posted by
ZP
at
08:33
6
comments
piątek, 13 marca 2009
Portfel w ekstremalnych czasach
Inwestowanie teraz nieco przypomina chodzenie po polu minowym i właściwie nie ma żadnej pewnej, bezpiecznej przystani. Ceny wszystkiego latają jak szalone i zachowanie zimniej krwi nie jest proste. Priorytetem dla każdego powinno być przetrwanie i utrzymanie kapitału, a dopiero na drugim miejscu jego powiększanie.
WIG20 znalazł się w strefie oporów i teraz czekamy czy wyjdzie nad 1600 punktów. Skoro trwa bessa, to obstawiam, że nie, ale jak przejdzie zasieki kupię jakieś akcje zamiast certyfikatów na złoto.
Portfel 30 517,32 zł (6121,32+19073+2230+3093)
Biuro maklerskie 6121,32 zł
Złoto: certyfikaty RCGLDAOPEN 15 sztuk wartość 4873,35 zł
Ropa naftowa: certyfikaty RCCRUAOPEN wartość 924 zł
Gotówka 323,97 zł
+ przelew 1000 zł
Do środy panowała tu błoga cisza, ale wtedy zdecydowałem spieniężyć szybki zysk na Comarchu.
Zysk w 8 dni 395,09 zł/21,3% uznałem za satysfakcjonujący. Szkoda, że papier ma tak beznadziejną płynność, bo w innym przypadku trzymałbym dalej.
Druga transakcja na Millenium nie była już tak udana, bo 10 marca dołożyłem po 1,69 zł 600 akcji (piramidowanie do góry 1350 wcześniej + 600 teraz) i następnego dnia widząc jak bank zaczyna się osuwać z niechęcią zamknąłem po 1,7 zł inkasując skromny łączny profit 128,2 zł/ 4%. W czwartek cena spadła na 1,58 i nagle wystrzeliła w kosmos. No cóż, zdarza się taka przykra sytuacja, ale zamienianie zysku w stratę nigdy nie jest dla mnie rozsądne.
Trochę zamieszałem z RCCRUAOPEN, ale ostatecznie zwiększyłem żelazny pakiet do 100 sztuk.
Dziś nieudanie próbowałem grać pod odbicie na LC Corp oraz BZ WBK kończąc to dość szybko z niewielką stratą łączną niecałych 200 zł. Pozostałem z 15 certyfikatami na złoto RCGLDAOPEN. Jeśli S&P500 przejdzie 780 pkt, wywalam, a w przeciwnym wypadku czekam.
W tej chwili moim priorytetem jest powolne uzupełnianie stanu rachunku u maklera, bo tu widzę największy potencjał do zarobku.
Lokaty i depozyty 19 073 zł:
Open Finance/Noble Bank 1430 zł
Deutsche Bank 7000 zł
SKOK lokaty 10484 zł
Eurobank 159 zł
Waluty 2230 zł:
500 euro
Złoto 3093 zł
28,8 g w monetach
W tak niestabilnej sytuacji doszedłem do wniosku, że jednak za dużo pieniędzy znajduje się na lokatach i ostatecznie nieco zmieniłem początkowy zamiar co do wolnych środków ze SKOKu. Z 8378 zł dostępnych założyłem nową roczną za tylko 3900 zł do 9 marca 2010 na 7,2% (dostanę netto 227,8 zł odsetek). Tysiąc złotych poszedł do maklera.
Za 856 zł x 4= 3424 zł kupiłem złote monety, które będą kolejnym stabilizatorem portfela (10% mniej więcej). W blaszkach znajduje się 7,2g x 4 = 28,8g czystego złota i będę je wyceniał po cenie skupu złota przez NBP.
Pozostałe 54 zł dorzucam do Eurobanku (spadło oprocentowanie na 6,06%).
Co do walut, cieszy mnie strata (sic!) na euro w tym portfelu i w przyszłym tygodniu dorzucę pięćdziesiątkę - mam nadzieję, że kupioną poniżej 4,5 zł.
W ostatni weekend otrzymałem dwie dotacje w łącznej wysokości 55 zł, za które dziękuję czytelnikom. Jedna przyszła PayPalem i koszt przesyłania pieniędzy przez system powoduje, że w sumie rzeczywiste wpływy wyniosły 47 zł, które przerzucam na razie do Eurobanku.
Zbliża się wiosna, więc to dobra okazja, żeby odłożyć następne dwie stówki, do których dorzucę końcówkę z banku i kupię za te środki wspomniane 50 € (docelowo 10% portfela).
W grudniu zakładałem dość konserwatywnie minimum 35 000 zł w portfelu na koniec roku i w przeciwieństwie do większości spółek giełdowych nie wykluczam podniesienia prognozy po wakacjach. Wszystkim życzę tego samego.
Posted by
ZP
at
19:31
3
comments
Labels: portfel
czwartek, 12 marca 2009
Złoto jako short
W czasach, gdy zaczynamy poddawać w wątpliwość wartość papierowego pieniądza (na razie chodzi głównie o dolary czy funty), złoto staje się coraz popularniejszą alternatywą, aby uciec przed pauperyzacją naszego majątku.
Wczoraj zamknąłem bardzo zyskowną procentowo pozycję na Comarchu (+21,2% w 8 dni) oraz nieco mniej na Millenium (ale też na plusie +4%) i już miałem się wstrzymać z dalszymi ruchami, ale podumałem trochę i stwierdziłem, że umocnienie naszej waluty oraz korekta na rynku akcji mogą się właśnie wyczerpywać (np.: WIG20 wczoraj otworzył się na 38,2% zniesienia Fibonacciego fali między 7 stycznia, a 18 lutego i zamknął niżej). Znamy trend długoterminowy w obu przypadkach, więc zajęcie pozycji przeciw złotemu i akcjom wydaje się logiczne – problemem jest tylko punkt wejścia. Co ważne, jeszcze przez kilkanaście dni będziemy ściślej chodzić z Ameryką dzięki rozpoczynaniu ich notowań o 14:30 naszego czasu (do 27 marca), zatem nie da się tak całkowicie samodzielnie jechać na rynku akcji jak na przełomie lutego i marca.
Dla mnie idealnym instrumentem w tej sytuacji stały się … certyfikaty na złoto RCGLDAOPEN, które traktuję teraz jako ersatz shorta. Wydaje mi się, że USA nie przejdą 775 punktów (może nawet nie zamkną luki na 735) na S&P500 i runą w dół, a za nimi my oraz nasza waluta. Wtedy podskoczy też złoto, a certyfikaty łączą osłabianie się złotego ze wzrostem wartości aurum.
Oczywiście widzę potencjalną formację RGR na goldzie z zasięgiem do około 800 dolców, ale nie przejmuję się nią wcale, bo badałem kiedyś RGRa od strony statystycznej i rzut monetą daje dość podobne rezultaty. 
Ważniejsze jest dla mnie to:
Możliwe, że nie mam racji i jednak rynek będzie dalej odbijał wyrzucając mnie z tej spekulacji, ale docelowo możemy wrócić do poziomów po krachu z 1987 roku, kiedy Greenspan wcielił w życie koncepcję „za duży, żeby upaść” i pomagał pompować spekulacyjny balon ile wlezie promując życie na kredyt. Na logikę rynek powinien udowodnić mu, że się mylił, a pożyczkę spłaca się, albo bankrutuje. Trzecia droga z oszukiwaniem przez dodrukowanie papierków prowadzi do tego drugiego. Wtedy zobaczylibyśmy ostatecznie nieco ponad 200 punktów na S&P500, jakieś 2000 na Dow Jonesie i około 500 na WIG20. Brzmi dość upiornie, ale taki wariant też trzeba wziąć pod uwagę. Jeśli doszlibyśmy do takich poziomów, ciekawe ile kosztowałoby wtedy złoto? Ja stawiam, że przynajmniej 2000 dolców za uncję, o ile w ogóle zielony przeżyłby taką terapię dla narkomanów odurzonych życiem na koszt innych.
Posted by
ZP
at
07:24
12
comments
Labels: krach, RCGLDAOPEN, strategia, Złoto
środa, 11 marca 2009
Kredyt – prosta zasada

Prawie każdy z nas staje w pewnym momencie przed dylematem czy wziąć kredyt lub pożyczkę, czy też nie. Aby pomóc rozwiązać problem, proponuję postępować zgodnie z prostą zasadą:
„Nigdy nie pożyczaj na aktywa, które na pewno nie zyskają na wartości.”
Inaczej mówiąc kredyt - tak, ale na bardzo szeroko rozumiane inwestycje.
Reguła wydaje się przejrzysta i ważny jest dodatek „na pewno”, bo czasem ciężko ocenić czy dany wydatek przyniesie nam w przyszłości dochód czy nie. Na przykład boleśnie przekonali się o tym spekulujący na nieruchomościach w poprzednich latach. Teraz został im kredyt do spłaty i taniejące mieszkanie, ale to i tak jest mądrzejsze niż pożyczki na wydatki typowo konsumpcyjne.
W każdym przypadku trzeba jednak sprawę rozpatrywać indywidualnie. Jeśli samochód jest niezbędny w czyimś życiu, bo na przykład musi dojeżdżać do pracy, w takim przypadku czasem nie ma rady i trzeba kupić auto na kredyt. Wtedy można zastosować regułę 20/10/4, czyli 20% własnej kasy, rata maksymalnie 10% twoich dochodów i pożyczka na 4 lata. Tak mniej więcej można zdroworozsądkowo podejść do kredytu samochodowego.
Zresztą warto pamiętać, że najczęściej taniej jest naprawić nasze auto niż kupować następne, no chyba, że jeździsz kilkunastoletnim gratem –tu sprawa jest dyskusyjna.
Fachowcy twierdzą, że przeciętny człowiek powinien kupować dwu-pięcioletnie solidne auta, na przykład japońskie i jeździć nimi przynajmniej 5 lat, a potem zmieniać na kolejne.
Niebezpieczną pułapką wydaje się karta kredytowa, która wbrew nazwie nie służy do pożyczania pieniędzy, jak sądzą naiwni, tylko do płacenia za bieżące zakupy z odroczoną płatnością. Kto umie się zdyscyplinować, to oczywiście zyska na niej, tylko zawsze musi pamiętać o 100% spłaty zadłużenia. Wtedy faktycznie opłaca się.
Wracając do tematu, kryterium badania opłacalności kredytu należy stosować przy każdym większym zakupie. Telewizor na kredyt? Nie (co innego na raty, o ile są naprawdę 0% bez haczyków). Komputer na kredyt? O i tu mamy ciekawy dylemat. Ktoś kto pracuje na laptopie z czystym sumieniem może nieco posiłkować się kredytem konsumpcyjnym, ale do gier czy surfowania po sieci nie bierzemy na krechę.
Za każdym razem wykonaj taką kalkulację i będziesz wiedział czy brać kredyt czy nie.
Sam jestem w tej kwestii mocno konserwatywny i na przykład zamiast brać kredyt na akcje wolałbym wykorzystać kontrakty terminowe lub opcje z odpowiednio skalkulowanym ryzykiem.
Posted by
ZP
at
08:06
4
comments
Labels: karta kredytowa, kredyt, zasady
niedziela, 8 marca 2009
Jak najtaniej kupić złoto w Polsce
Trudno powiedzieć czym dokładnie skończy się obecny kryzys, ale papierowy pieniądz wzbudza moje coraz większe wątpliwości. Do szalonych Jankesów dołączyli flegmatyczni Brytyjczycy i w tym tygodniu bank Anglii ogłosił dodruk 75 mld funtów. Te posunięcia przypominają mi upiorne czasy PRL-u czy ZSRR i powinny skończyć się taką samą katastrofą jak zawsze.
Naturalną alternatywą wydają się realne aktywa, czyli ziemia, domy, mieszkania oraz metale szlachetne jak złoto czy srebro.
Moim zdaniem nieruchomości są w Polsce wciąż zbyt drogie. Gdybym mieszkał w Hiszpanii czy na Florydzie, wcale nie zastanawiałbym się, tylko kupił sobie kawałek ziemi. Niestety Polska wydaje się bujać wciąż w obłokach.
Kolejny trop to złoto lub srebro. Najpierw odrzuciłem wszelkie wirtualne byty typu certyfikaty czy instrumenty pochodne, bo w razie katastrofy zapis w komputerze niewiele mi da.
Miałem sporą chęć na srebro, ale ceny mnie zadziwiły. Uncja srebra na rynkach międzynarodowych kosztuje 50 zł, tymczasem za to samo srebro w sztabkach i monetach sprzedawcy żądają blisko 90 zł. To gruba przesada.
Inaczej jest ze złotem. W piątek cena uncji oscylowała w granicach 3500 zł, czyli gram złota kosztuje około 112 zł (skup w NBP niecałe 10 zł mniej).
Po dłuższym namyśle doszedłem do następujących wniosków:
Cena złota poszła bardzo wysoko do góry i kupowanie akurat teraz jest ryzykowne, bo grozi korekta rzędu nawet kilkudziesięciu procent. Z tego powodu nabywca musi albo zaakceptować to ryzyko, albo na razie dać sobie spokój.
Ja wybrałem ten pierwszy wariant i w żadnym wypadku nie będę sprzedawał, traktując aurum jako formę ubezpieczenia przed bankructwem systemu finansowego szalonego świata żyjącego na kredyt.
Patrząc zdroworozsądkowo, około 10% portfela powinno być w złocie. Jeśli ktoś pakuje więcej, zaczyna bawić się już w spekulację i wtedy należy stosować te same reguły co przy kupowaniu akcji.
No i teraz kolejna, najważniejsza sprawa: skąd to złoto wziąć? W Mennicy czy w NBP praktycznie niemal wszystko wymiotło. Ciężko o bulionowe bieliki czy sztabki.
Tymczasem nieoczekiwanie z odsieczą przyszły tak zwane monety kolekcjonerskie. Piszę tak zwane, bo ilu amatorów może znaleźć moneta o intrygującym tytule: „400-lecie polskiego osadnictwa w Ameryce Północnej”. Nie chciałbym, żeby ktoś z genialnych strategów NBP na mnie się obraził, ale przyznaje się bez bicia, że taka nazwa wywołuje u mnie niekłamaną wesołość, podobnie jak nakład złotka 9 500 sztuk. No już widzę te tysiące kolekcjonerów – pewnie brakuje im do kompletu z 200-leciem polskiego osadnictwa w Gabonie.
I w tym absurdzie mamy plus. Monetę dało się do niedawna kupić w większości oddziałów NBP po cenie emisyjnej 856 zł, teraz podnieśli na 897 zł, ale w sklepach nuzmimatycznych znajdziemy po starej cenie. Waży ona 8 gramów, co przy próbie 900 daje nam 7,2 gr złota, czyli nieco powyżej 800 zł w czystym kruszcu plus pudełeczko z certyfikatem.
Poza tym w takim przypadku zaletą jest jej stosunkowo niewielka wartość, czyli lepiej mieć 5 takich monet niż 1 krugerranda uncjowego (pomijając kwestię, że krugerrand byłby droższy).
Do niedawna można było znaleźć też jeszcze inne o nominale 200 zł, gdzie złoto było zdecydowanie droższe od samej monety na przykład 100-lecie SGH.
Te krążki są nieco większe i ważą 15,5 gramów, czyli 0,9 x 15,5 = 13,95 gr.
W takim razie złoto w nich zawarte ma wartość ponad 1560 zł. Przykładowo kupiłem niedawno 90 rocznicę Powstania Wielkopolskiego za 1629 zł.
Tu pokazuję jak one wyglądają w realu:

Myślałem też o suwerenach, filharmonikach albo krugerrandach, ale ich ceny są zdecydowanie wyższe, więc poza pewnym snobistycznym efektem innych zalet nie widzę. Sytuacja się zmienia w przypadku osób mieszkających poza Polską. Oni pewnie nie mają wyjścia i muszą pakować te uznane na całym świecie, bo złotka z Polski czy Mongolii są wciąż jednak podejrzane na przykład w Londynie.
Uważam, że najlepiej kupować te monety w sklepach numizmatycznych, aby być pewniejszym co dostajemy oraz otrzymać dowód zakupu, żeby później w razie czego nie mieć problemów z odsprzedażą.
Najgorszym miejscem do tego ostatniego jest jubiler albo kantor. Tam obedrą cię ze skóry jak leszcza nabitego na agresywne fundusze inwestycyjne w lecie 2007 roku.
W tej chwili najlepiej wychodzi to na aukcjach internetowych lub bezpośrednio w NBP –lecz sam nie testowałem, więc piszę tylko od strony teoretycznej. Jest jeszcze kwestia podatkowa, ale tym się dziś nie zajmuję, bo i tak przepisy się zmieniają, więc po co sobie zaprzątać głowę.
Z tego powodu w przyszłym tygodniu do tego portfela wpadną monety o wartości co najmniej 3000 zł i będą leżeć. Wolę je zamiast polisy w AIG.
p.s.
W weekend popracowałem z nadrobieniem wpisów na blogu. Zatem następny post najwcześniej pojutrze, a może dopiero w środę - czwartek.
Posted by
ZP
at
11:04
25
comments
Mit o korelacji walut i giełdy
W tej chwili patrzymy na kurs złotego i na tej podstawie próbujemy zgadywać sytuację na GPW. W sumie wyprzedaż akcji od początku stycznia była skoordynowana ze spadkami na walucie, ale kiedy popatrzymy na poniższy wykres w ujęciu wieloletnim (kliknij, aby powiększyć), trudno mówić o jakieś trwałej tendencji:
Tym bardziej, że nawet w tej bessie było tak, że złoty wciąż jeszcze umacniał się do ubiegłych wakacji, a tymczasem WIG ostro leciał w dół. Proszę na spokojnie przyjrzeć się (przy okazji ładnie widać Morganów na ostatniej falce wyciskania z nadmiaru gotówki hazardzistów opcyjnych). Łatwo też dostrzec strumień euro po wejściu do UE w 2004.
Z tego wniosek jest taki, że ta chwilowa zależność może się znienacka odwrócić i na przykład złoty będzie słabł, a giełda rosła, albo zupełnie na opak. Historycznie nie znajdziemy uzasadnienia w doszukiwaniu się długoterminowej korelacji ujemnej i praktyczny wniosek jest taki, że obecne zjawisko jest tymczasowe i nie przywiązywałbym się do niego na stałe.
Podobnie było zresztą z ropą naftową, która rosła w kierunku 150$ za baryłkę i mówiono, że to powoduje spadki na giełdzie, potem spadała, a giełda jeszcze szybciej leciała na pysk. Teraz mówi się, że akcje zaczną rosnąć razem z ropą, bo wzrost cen crude oil może oznaczać poprawę koniunktury gospodarczej. Znowu jak odbije, zacznie się gadka o jej wpływie inflacyjnym i zagrożeniu dla akcji.
Proste, stałe zależności w takich przypadkach nie istnieją, tak samo jak nie da się trafiać 10/10 w swoich transakcjach, do czego bezskutecznie dąży tak wielu (tak samo większość skupia się na wcelowaniu w idealne miejsce do kupna, a przecież ważniejsze jest po ile sprzedasz). Celem efektywnego inwestora jest raczej wyszukiwanie okazji o dużym potencjale zysku, a nie paniczne uciekanie przed porażkami. Bokser z dynamitem w pięściach do niczego nie dojdzie, kiedy sam nie jest odporny na ciosy.
Posted by
ZP
at
08:51
5
comments
Labels: dolar, euro, korelacja, ropa naftowa, złoty
sobota, 7 marca 2009
Bezpieczne fundusze inwestycyjne
Za najpewniejsze fundusze uważa się pieniężne oraz nieco bardziej ryzykowne obligacyjne i papierów dłużnych. Powszechnie synonimem solidności w Polsce są Niemcy. Czy może być coś bezpieczniejszego niż niemiecki fundusz pieniężny? Wystarczy kliknąć w poniższy obrazek i przekonać się:
Ze strony DWS:
"Profil inwestora
Fundusz dedykowany jest inwestorom z niską skłonnością do podejmowania ryzyka, których podstawowym celem inwestycyjnym jest osiąganie umiarkowanych, lecz stabilnych stóp zwrotu. Ewentualne wahania wartości są możliwe w krótkim terminie, jednakże w średnim i dłuższym horyzoncie czasowym możliwość poniesienia straty jest minimalna.
Polityka inwestycyjna
Nie mniej niż 80% wartości aktywów lokowane jest w dłużne papiery wartościowe oraz instrumenty finansowe, których termin zapadalności lub okres odsetkowy nie przekracza jednego roku.
Szczegółowy opis polityki inwestycyjnej oraz ryzyka inwestycyjnego funduszu znajdują się w Prospekcie Informacyjnym DWS Polska FIO Płynna Lokata Plus."
A tymczasem ...
"W 2002 r. zainwestowaliśmy po 40 mln zł w dwie obligacje strukturyzowane oparte na ryzyku kredytowym Polski. Założyliśmy, że wiarygodność kredytowa kraju będzie stabilna lub rosła. Tymczasem w ostatnim czasie znacząco się pogorszyła i to spowodowało problemy z wyceną papierów. W tamtym czasie byliśmy przekonani, że to bezpieczny instrument, ale okazało się inaczej. Trudno było jednak przewidzieć taki rozwój sytuacji. Z perspektywy czasu musimy przyznać, że nie była to dobra inwestycja — mówi Jan Mieczkowski, prezes DWS w wywiadzie dla "Pulsu Biznesu".
W takim razie mam pytanie w jakim celu w funduszu rzekomo pieniężnym znalazły się wieloletnie obligacje strukturyzowane Deutsche Bank o nazwach Earls Eight oraz Earls Eirles Three i czy KNF znowu się nie dopatrzy nic w tym złego? Na drugie pytanie znam odpowiedź ...
Zresztą na stronie 10 prospektu funduszu DWS pisze otwartym tekstem:
"Fundusz nie gwarantuje osiągnięcia celu inwestycyjnego." Wzruszająca szczerość.
Czy już wiadomo dlaczego w portfelu appfunds od tak dawna pozycja fundusze inwestycyjne nie istnieje? Naprawdę chciałbym im powierzyć choć parę tysięcy, ale nie lubię tracić pieniędzy.
Posted by
ZP
at
12:42
17
comments
Labels: DWS, fundusze inwestycyjne, portfel
piątek, 6 marca 2009
Portfel powyżej 30 000 zł
Pierwszy krok za mną. 30 000 zł pokonane. Mam nadzieję, że kolejny procent planu zrobię zdecydowanie szybciej dzięki mocy procentu składanego i kolejnym oszczędnościom, choć przyszłość nas wszystkich wydaje się niepewna.
Na giełdzie obserwujemy nieoczekiwaną siłę polskich indeksów, które wyraźnie chcą odciąć się od spanikowanych Stanów pikujących koszącym lotem prawdopodobnie do 400 punktów na S&P500.
Kto czyta moje bieżące komentarze giełdowe wie, że według mnie WIG20 prawdopodobnie odbija teraz do 1585 punktów. Wyżej będzie ciężko, ale wcale mnie to nie zmartwiłoby. Szczerze mówiąc zaskoczony jestem tą siłą jaką widać u nas od dwóch tygodni, ale zamiast siedzieć z założonymi rękami warto działać, żeby powiększać swój kapitał, a nie wyłącznie filozofować. Lepiej się pomylić niż nic nie robić.
Portfel 30 836,08 zł (5074,08+ 23412+2350) 
Biuro maklerskie 5074,08 zł
Comarch 40 akcji wartość 2000 zł
Millenium 1350 akcji wartość 2227,5 zł
RCCRUAOPEN 83 certyfikaty 796,8 zł
gotówka 49,78 zł
+ przelew 100 zł
Niby nic wielkiego, ale piątka cieszy.
Zacznijmy od błędów i wypaczeń. We wtorek nabrałem się na niby dobre wyniki Dudy i zaraz wyleciałem z kilkoma procentami straty. Chciałem koniecznie odrobić poprzednią wtopę, ale jakoś z Maciusiem nie udaje mi się i widocznie nie jest mi pisane zarabianie na świnkach.
Na szczęście z resztą poszło dużo lepiej i zamknąłem w tym tygodniu pozycję na KGHM z powodu luki - oporu, na którym się może zatrzymać. Zysk ostateczny 450 zł/+11,5% pozycji maksymalnej wliczając wszystkie transakcje na papierze od początku lutego (trochę bawiłem się ze sprzedawaniem i odkupywaniem po niższych cenach).
W tygodniu za część kupiłem Comarch, o czym pisałem w poprzednim poście (średnia z prowizjami 46,4 zł) – dziś prezes Filipiak przyznał, że chcą skupować akcje, ale brakuje chętnych do sprzedaży, więc czekamy jak się sprawa rozwinie.
Dziś zamieniłem końcówkę KGHM na Millenium. Tu liczę, że plotki o planach przejęcia przez PKOBP nabiorą realniejszych kształtów. Skoro PKOBP ma 400 baniek na brnięcie w Kredobank i dokupienie nowych akcji w kwietniu, to może znajdzie drugie tyle na Millenium? Drogo nie jest. Poza tym widać, że walorek wyraźnie odbija i coś się dzieje. Stoploss mam pod minimami bessy klejnotu Kotta.
Ceretyfikaty na ropę naftową tak jak wcześniej wspominałem to baaardzo długoterminowa inwestycja, więc nawet się nie interesuję bieżącymi notowaniami.
Lokaty i depozyty 23 412 zł:
Open Finance/Noble Bank 1430 zł
Deutsche Bank 7000 zł
SKOK lokaty 14924 zł
Eurobank 58 zł
Waluty:
500 Euro = 2350 zł
Kupiłem 100 euro po 4,75 i jakoś ciężko mi taniej zdobyć. Może lepiej pójdzie w następnym tygodniu.
Kończą mi się lokaty w SKOK – z jednej doszło 340 zł odsetek, a z kolejnej przyjdzie 38 zł, czyli w poniedziałek w sumie będzie 8000 zł+378 zł = 8378 zł. Początkowo miałem plan, żeby dorzucić 22 zł i założyć kolejną roczną, ale oprocentowanie spadło do zaledwie 7,2% na rok, więc zmniejszam kwotę do 7000 zł i zakładam w takiej wysokości nową roczną w poniedziałek 9 marca, czyli dostanę za nią około 408 zł odsetek w 2010 roku.
Za resztę kupuję kolejne 100 euro oraz przelewam około 1000 zł do maklera (może coś dorzucę od siebie).
Brakuje mi trochę czasu nawet na pisanie postów, więc nie zastanawiam się nad zwiększaniem źródeł przychodów, bo blog mimo dużej oglądalności wyraźnie zmniejsza swoje wymierne wpływy finansowe z reklam, nie wspominając o dotacjach (ostatnio zupełna cisza).
Na pewno będę powoli zmniejszał zaangażowanie w lokatach, ale bez paniki. Sytuacja w USA mocno mnie niepokoi i naprawdę ciężko powiedzieć co stanie się dalej, więc do zakupów akcji zachęcam tylko odważnych oraz długoterminowców szukających tanich średniaków i maluchów – tam znajdziesz żyłę złota, kiedy skończy się to szaleństwo.
Posted by
ZP
at
20:20
10
comments
Labels: portfel
środa, 4 marca 2009
Nowe inwestycje: ropa naftowa i Comarch

Wczoraj kupiłem 83 certyfikaty na ropę naftową RCCRUAOPEN po 9,56 zł. Pewnie dałoby się taniej, ale mówi się trudno. Te niecałe 800 zł zainwestowane w tym przypadku niech leży i nie mam tym razem stopa – wielkość pozycji pozwala mi na taką ekstrawagancję.
Wszystko wskazuje na wzrosty cen, ale pewnie trzeba będzie trochę poczekać. Mi się nie spieszy.
W ogóle im większy portfel, tym wygodniej inwestować.
Przykładowo przy 30k 2% oznacza 600 zł i teraz mogę za tyle kupić bez stresu Bioton nie zwracając uwagi na jego tradycyjne wyniki czy postawić na wyścigach, o ile wiem, że mój koń biegnie na dopingu.
Drugą nowością są akcje Comarchu (40 sztuk) po średniej 46,4 zł z prowizjami. Trochę przetasowałem w tym celu portfel i zmniejszyłem udział KGHMu do 50 akcji (tu wszystko idzie bardzo dobrze).
Skąd ten Comarch? Dobre wyniki kwartalne i kupa wolnej gotówki po sprzedaży Interii sprawiają, że spółka ma absurdalnie niskie wskaźniki C/Z czy C/WK. Wartość rynkowa na wczoraj to 355,8 mln zł, a gotówki w kasie mają …217,5 mln zł. Na dodatek Comarch wciąż zarabia i dostaje zamówienia (branża IT z opóźnieniem zareaguje na spowolnienie).
Czemu OFE tego nie kupują? Naprawdę nie wiem.
Minusami są: kontrowersyjny prezes profesor Filipiak, słaby wykres oraz niska płynność. Przy wielkości mojej pozycji ten ostatni problem nie ma znaczenia, bo stop loss mam naprawdę niski i szeroki, czyli w okolicach okrągłych 30 zł za akcję.
W tym roku zdecydowanie zaczynam przebudowywać portfel na nieco bardziej agresywny i zakładam, że mogę ponieść straty, przynajmniej na początku, ale kiedyś trzeba zacząć od nowa kupować akcje i to nie pod gierki na parę dni. Obecne poziomy cen jak w przypadku Comarchu wydają mi się wystarczająco atrakcyjne, aby podejmować próby mimo bessy. Nie polecam nikomu zbyt wielkiego angażowania, bo to jest jednak płynięcie pod prąd i analiza techniczna wyraźnie ostrzega przed szarżowaniem. Kontroluję tu ryzyko w miarę nieźle, a kolejna wpłata do maklera pójdzie dopiero w kwietniu.
Posted by
ZP
at
07:48
14
comments
Labels: Comarch, rccruaopen, ropa naftowa
niedziela, 1 marca 2009
Warren Buffett w opałach
2008 rok okazał się najgorszym w historii Berkshire Hathaway. Wystarczy zerknąć na wykres i wszystko wiadomo:
Szczególnie gwałtowna wyprzedaż akcji nastąpiła od jesieni do teraz, gdy kurs BRK-A spadł ze 147 000 dolarów (Buffett nie lubi splitów) 19 września do zaledwie 78 600 obecnie. Optymiści liczą na wariant z 2000 roku (zaznaczyłem kółkiem na obrazku).
Wyrocznia z Omahy przyznała, w swoim najświeższym liście do akcjonariuszy (link), że wiadomo na pewno, że gospodarka amerykańska pozostanie w fatalnym stanie w 2009 roku i pewnie jeszcze dłużej, a co do akcji nikt nie wie, kiedy kursy zaczną rosnąć.
Najgorszą inwestycją dla konglomeratu stał się zakup udziałów w koncernie naftowym Conoco Philips tuż przy górce na ropie. I tu mogę się pocieszać, że my jako niewielcy indywidualni inwestorzy mamy ten komfort, że nawet w razie pomyłki wyjdziemy sobie szybko z niewielką stratą na stop lossie, a Warren B. nie.
Co ciekawe, Buffett jak wielu innych upiera się, że ropa zdrożeje i tu natchnął mnie do zakupu w przyszłym tygodniu certyfikatów na ropę RCCRUAOPEN. Tym razem zagranie będzie zupełnie inne od dotychczasowych i kupię za parę stówek bez żadnego stoplossa (zaryzykuję za około 2% kapitału). Liczę, że prędzej ropa pójdzie w górę niż zbankrutuje wystawca certów, czyli Raiffeisen (taki czarny humor z czasów recesji).
Buffett wtopił na irlandzkich bankach 89%, ale upiera się, że Goldman Sachs to dobra inwestycja – dostał uprzywilejowane akcje i 10% dywidendy co roku więc myślę, że faktycznie na nich zarobi.
Trzymam się od akcji banków z daleka mimo pozornie dość kuszących cen (PKOBP poniżej ceny emisyjnej, nawet wliczając 4% premii z I transzy). Zastanawiałem się nad tym PKO, ale zdecydowałem, że na razie odpuszczam. Popatrzcie sobie na Ukrainę czy Łotwę co tam się dzieje. W wersji hardcorowej czeka nas to samo, czyli limity wypłat, zamrożone konta itd. W wersji łagodnej - prawdopodobne rozwodnienie kapitału, coś w rodzaju Citigroup.
Jeśli sytuacja nieco się poprawi, to minister Grad od razu zrobi emisję, czyli rozwadnia kapitał. W wersji dalszego rozkładu systemu, bank pod presją ogólnej sytuacji też powinien tanieć.
Poza tym nie podoba mi się zarząd, który na tracącej inwestycji na Ukrainie próbuje ewidentnego hazardu i chce wpompować kolejne kilkaset mln zł w swój Kredobank – to są moje zupełnie prywatne przemyślenia, a nie żadna rekomendacja.
Na pewno będę interesował się akcjami PKO, ale podejrzewam, że uda mi się je kupić dużo taniej, o ile będę jeszcze wtedy je chciał.
Z WIG20 interesuje mnie też na przykład TPSA, ale jak wyliczyłem gdzieś po 12,5-13 zł, ze względu na dywidendę 1,5 zł i planowany dalszy skup akcji. Spółka defensywna na czas kryzysu, ale cena jeszcze nie jest dla mnie okazyjna.
Wróćmy do Buffetta. Dziwne, że w takich czasach uparcie trzyma się także sektora finansowego i cierpi na tym holding, który tylko w ostatnim kwartale stracił 8% wartości księgowej (w całym roku 9,6%). Nie tylko zostawił w portfelu akcje Wells Fargo czy American Express, co wydaje się tylko świadectwem raczej uporu niż chłodnej analizy, ale na dodatek dołożył co nieco z tego segmentu. Przykład: zapakowanie się w General Electric, który przecież posiada GE Money Bank nie wygląda zbyt rozsądnie.
Pamiętacie ten emocjonalny list do New York Timesa, żeby kupować amerykańskie akcje w październiku? Wydaje mi się, że poniosła go fantazja i presja wystawionych putów na indeksy giełdowe.
Na koniec wypada zastanowić się co dalej? Według mnie nic nie wskazuje na koniec kryzysu, ale z akcjami jest taki problem, że zaczynają rosnąć jeszcze przed jego końcem. Trudno trafić w dołek i można po prostu przyglądać się wykresom czekając na jakiś wyraźny sygnał kupna. Po piątkowym minimum w Stanach wątpliwe, żeby dno było już za nami.
Posted by
ZP
at
09:41
15
comments
Labels: Buffett, pko, rccruaopen, strategia